Boże mój. Ja przed Tobą
ołtarz ciała rozdarty.
Ja - jednym sumieniem rodzony,
dymię tysiącem martwych.

Nie tłomacz mi ptaków i roślin,
ja znich poczęty - rozumiem,
tylko się krzywdy nauczyć
i ludzi się uczyć nie umiem.

Ja już spokojny . Ześlij
ulewy głów obciętych,
strąć nieba płaską dłoń,
Ty ze wszystkiego - święty.

Ale mi czyny wytłomacz,
ziemi ziejący orkan,
bo nic, że po klęsce jej depczę
jak po krzemiennych toporkach
ludzi, co nigdy nie rosnąc,
o ściany jaskiń miecz ostrzą.

Ale wytłomacz mi tych,
co niewiedzący - u ciemnych wód
są spopielałe krzyżyki czarne
nie odegranych nigdy nut.

31.XII 41 r - 1.I. 42 r.


Oto jak pomnik własnego miłowania
u sinych wód milczeniem stoję,
a dołem płyną trumny i posłania,
a górą czas i wielkie boje.

O źli, źli ludzie, jakie to wam było
ciało złowrogie, tępe takie złe,
o, jaka była ta kłamana miłość,
której nie starczy i na jedną łzę.

O źli, nieszczęśni czy w Bogu zapomniani,
tłumem wylegli nad przepaści brzeg,
nie dostający ciemnymi głowami,
nie uskrzydleni rytmem ciemnych serc.

Mroczne, mroczne wąwozy. To mi przed oczami
cień duchów jakichś mignie, to strzaskany krzyż,
to drogi stratowane trwogą i kołami,
nad grobowiskiem ziemi - nieba drżący liść.

Nie ma, nie ma powrotu, sine wody moje,
do zatopionych dziejów, które w was odbite.
Ja jestem posąg wasz i nad milczeniem stoję
skamieniałym - pragnieniem i żywym - granitem.

Nie ma, nie ma ucieczki. Na rozdartej ziemi
ten milion serc kalekich z mojej piersi krwawi.
Byli żywi, odeszli z słowami prostemi,
tych Bóg milczeniem zbawił.

Ale nam ziemia gorzka, twarda, nieudała.
Widzę was krew węszących, palących kościoły,
zdzierających z umarłych strzęp żałosny ciała,
zła trwogą i chciwością złączonych na poły.

Czuję stopy węszące ostatnie przymierze
i ciemność, która chlusta na to martwe złoto.
I jestem posąg czasu śmieszny - który wierzę,
choć nie ma znów powrotu, znów nie ma powrotu.